czwartek, 28 stycznia 2016

Polskie myślenie ekologiczne.


" Przyroda jest czymś innym niż sądzimy,
Ma duszę, jest wolna, pełna miłości,
Przemawia własnym językiem "
.

Arne Naees

W Lubuskiem grasują watahy wilków, mieszkańcy przerażeni, musi być odstrzał!!!”:-))1

Cytowany przeze mnie, twórca ruchu „ekologii głębokiej” i ekofilozofii Arne Naees, powiedział kiedyś, że pytanie „ ...czy wolno zabić ostatnie z żyjących zwierząt, by ratować ludzkie życie?...jest niewłaściwie postawione, ponieważ ważniejsze dla istnienia człowieka, powinno być pytanie - „dlaczego to zwierzę jest ostatnie”? Wczorajsze prasowe doniesienia spod zachodniej granicy potwierdzają słuszność tej tezy...

W internetowych wydaniach polskich dzienników pojawiły się, mrożące krew w żyłach, informacje na temat wilków w województwie lubuskim. Alarmujące tytuły głoszą :”W Lubuskiem grasują watahy wilków- mieszkańcy przerażeni!!!”,albo - „Watahy wilków w Lubuskiem -musi być odstrzał, mówią mieszkańcy!!!”, „Wilki podchodzą pod domy w Olbrachtowie”.

Dla zobrazowania grozy sytuacji, portal TVN 24 pokazał wójta Olbrachtowa, relacjonującego sytuację zagrożenia życia i zdrowia biednych mieszkańców ,których te bestie „będą na pewno atakować jak zgłodnieją…”. Przecież powszechnie wiadomo że nie gustują w sarnach ani jeleniach, których w naszych lasach jest zatrzęsienie, ale właśnie w ludzkim mięsku- a szczególnie takim, które dobrze przesiąkło zapachem lokalnego „wina”..:-))

Pan wójt w zaprezentowanej przez TVN wypowiedzi, mówił o konieczności „odszczału”:-) albo „zamknięciu tych wilków”, zgodnie z zasadą „chłop żywemu nie przepuści”. Dodał też, że równie uciążliwe są borsuki, ( bo to panie nory kopią), których też, o zgrozo, „nie można ruszyć” bo wszystkie są pod ochroną. Poprzez kontrast, w zestawieniu nie dającego się porównać dobra człowieka i wilka, dowodzono konieczności zapewnienia równie skutecznej ochrony zalęknionym mieszkańcom Olbrachtowa.:-)).

Wilki funkcjonują w lokalnym ekosystemie od kilkunastu lat i jak dotąd zdarzyło się zaledwie kilka incydentów z ich udziałem , polegających na pojedynczych atakach na zwierzęta gospodarskie lub domowe. Cóż, taka jest natura wilka, że jako mięsożerca, wyposażony w instynkt łowiecki, ma zakodowany nawyk polowania. Trzeba się więc liczyć się z tym, że niedopilnowana krówka lub owieczka może nie wrócić z „samodzielnej, leśnej eskapady”, i zadaniem gospodarza jest sprawić by tak się nie stało.

Wilki jako zwierzęta szczególnie płochliwe i unikające człowieka nie zagrażają mu bezpośrednio, o czym sam miałem okazję się przekonać, spotykając je kilkakrotnie w ciągu ostatnich 10 lat. Dodam, że wynikało to z chęci obserwowania ich w naturalnym środowisku a nie z powodu morderczych instynktów przedstawiciela „wyższego gatunku.”

Przyzwyczailiśmy się w Polsce, że las to taka monokulturowa plantacja sosny, pozyskiwanej przez Lasy Państwowe według założonego planu, na potrzeby przemysłu drzewnego. Dowodzą tego drzewa sadzone „pod sznurek”, oraz rozbudowana sieć leśnych dróg, pozwalająca wywozić „produkowane” drewno do fabryk. Pętające się po lesie , nie wiedzieć po co, zwierzęta są natomiast źródłem rozrywki elitarnej grupy przedstawicieli naszego narodu - czyli myśliwych.

Elitaryzm tej grupy wynika z wysokich cen sprzętu, niezbędnego do uprawiania owego hobby, oraz swoistego języka, jakim posługują się myśliwi, starając uzasadnić zastępowanie drapieżników w ich szczytowej roli. Elitarne są również przepisy, które obowiązują niezmiennie od 1968 r, pozostając równie archaiczne jak gwara łowiecka, sięgająca swym źródłosłowem czasów jagiellońskich.

W świadomości Polaków zakorzeniło się więc przekonanie, że dzikie zwierzęta to taki żywy chwast, szkodliwy dla funkcjonowania rolniczych hodowli i plantacji. W sytuacji prawdziwego, czy też wymyślonego zagrożenia, rolnicy widzą jedno rozwiązanie: „odszczelić”:-)). Nikt nie zastanawia się natomiast jak taki odstrzał wpłynie na lokalny ekosystem , ponieważ nikt nie ma świadomości, że ten ekosystem jest potrzebny człowiekowi do życia, jak powietrze i woda. Wraz z jego zniszczeniem zginie gatunek głoszący, że „...człowiek to brzmi dumnie” czyli sam homo sapiens, sapiens!

Ten materiał unaocznił mi, że w narodzie, utrwaliło się, jakże błędne, założenie, iż człowiek nie jest częścią przyrody tylko jej właścicielem...Postanowiłem zatem sprawdzić jakim poziomem wiedzy na temat stanu naszego ekosystemu dysponują Polacy i jakie zagrożenia uznają za istotne dla funkcjonowania człowieka w środowisku przyrodniczym?

Czy Polacy wierzą w ekologiczne zagrożenia?

Kto, słuchając wywodu wójta Olbrachtowa mógłby pomyśleć, że Polacy nie posiadają elementarnej wiedzy na temat ekologii, bardzo by się pomylił. Wiedzę tę badał na początku listopada 2014 r amerykański ośrodek Pew Reserch Center. Badania obejmowały 40 krajów i dotyczyły również Polaków, którzy mieli okazję zabłysnąć na tle innych narodów. Tak też się stało, okazało się mianowicie, że nasi rodacy są najbardziej „wyluzowaną „ nacją w ocenie problemu globalnego ocieplenia i najmniej przejmują się zmianami klimatu. W „luźnym” podejściu do sprawy ,pobili nas jedynie Izraelczycy, którzy mają, jak wiadomo, inne problemy na głowie. Średni wskaźnik indeksu troski o klimat wynosi w tym badaniu 9,93, a Polacy zostali ocenieni na 8,73, przegrywając nawet z opóźnionymi w reagowaniu na problemy ekologiczne Ukraińcami i Rosjanami!!!2

Czyżby więc lekceważące nastawienie do ekologicznych problemów świata wynikało z braku świadomości zagrożeń? Ależ nie!! Przeprowadzone w ubiegłym roku badania krajowe,(bodajże przez CBOS),pokazały że 71 % Polaków wierzy w globalne ocieplenie jako skutek działalności człowieka. Ale ponad 37% stwierdziło że ich to nie dotyczy, ponieważ ewentualne tragiczne konsekwencje nie zdarzą się za ich życia a 53 % orzekło, że klimat zmienia się cyklicznie, więc nie ma się czym przejmować.

Pozostali uznali, iż alarm w sprawie globalnego ocieplenia jest konsekwencją działalności wielkich koncernów przemysłowych, zarabiających na źródłach energii odnawialnej i tak naprawdę chodzi tu o nic innego jak o biznes. Zgodnie z polskim modelem rozumowania o cudzym biznesie, nie można pozwolić by tacy cwaniacy zarabiali na ludzkim strachu. Tak więc „na złość babci odmrożę uszy” ale nie dam zarobić „zielonym firmom”!

W ostatecznym rozrachunku -Polacy uważają, że zmiany klimatyczne są niepodważalnym faktem, ale nie zamierzają nic w tej sprawie robić, przynajmniej na razie. Jeśli zajdzie taka konieczność niech się martwią nasze wnuki – przecież nas to jeszcze nie dotyczy! A skoro tak to wydawajmy pieniądze na bardziej potrzebne przedsięwzięcia!:-) Jakie to typowe dla Polaków, zawsze są ważniejsze problemy i wyższe cele, dlatego stare przysłowie o „Polaku mądrym po szkodzie” jest ciągle aktualne. Jednak zanim pójdziemy po rozum do głowy i zaczniemy się zamartwiać o cały ekosystem, dajmy choć trochę pożyć tym biednym wilkom, bez forsowania smutnej w swej wymowie koncepcji prewencyjnego odstrzału.


1http://www.wprost.pl/ar/530299/W-Lubuskiem-grasuja-watahy-wilkow-mieszkancy-przerazeni-Musi-byc-odstrzal/
2Polityka nr 48(3037)2015

środa, 20 stycznia 2016

Powrót IV RP czyli PIS bez cenzury.


Dokonało się! – zmiana u steru państwa stała się faktem! Według polityków PIS-u :-)), wszystko przebiegło sprawnie i zgodnie z zasadami demokracji...Wytyczne do działania nowych władz wydał sam „Wódz Partii i Narodu” a nieśmiałe próby ich przewartościowania, dokonane przez nowo mianowaną Panią Premier zakończyły się pogrożeniem palcem oraz stwierdzeniem, że „człowieka na tym urzędzie zawsze można zmienić...”

Obietnice z kampanii wyborczej są realizowane na bieżąco, począwszy od sztandarowego przedsięwzięcia, promującego wielodzietność - czyli 500 zł na dziecko. Niestety, równość obywateli wobec prawa nie jest tu już tak istotna, jak sam gest ze strony rządu. Jasno dano to odczuć tym przedstawicielom klasy średniej, którzy do pieniędzy i dobrobytu doszli za sprawą własnej zaradności i przedsiębiorczości. Stwierdzono mianowicie, że nieetycznym z ich strony byłoby zgłosić się po ów dodatek, ze względu na wystarczający do utrzymania wielodzietnej rodziny status finansowy. W odróżnieniu od niezaradnych, słabo wykształconych i bezczynnych przedstawicieli proletariatu, którzy zamiast doskonalenia zawodowego i i aktywnego poszukiwania pracy, powinni się teraz zająć rozmnażaniem dla dobra ojczyzny. Płodząc potomstwo na swój obraz i podobieństwo.

Obserwując tę sytuację odniosłem wrażenie, że znowu powiało „gierkowską ideologią dobrobytu”, rozumianą jako tworzenie iluzji zaspokojenia potrzeb proletariatu miast i wsi…Sam Kaczyński w jednym z wywiadów, ironizował, że „ludziom obecna sytuacja nieodparcie kojarzy się z epoką Gierka, ale przecież oprócz licznych podobieństw są znaczne różnice tzn -gospodarka rynkowa, wolność obywateli i fachowość kadry rządzącej”. Jednak dla przedstawicieli starszego pokolenia jasnym jest, iż ideologiczna koncepcja państwa, Jarosława Kaczyńskiego, tworzyła się właśnie w tamtej epoce i wyobraźnia prezesa nie potrafi wzlecieć ponad jej skostniałe idee. Większość haseł brzmi znajomo: „Program partii programem narodu”, „partia kieruje a rząd realizuje jej założenia”, „media państwowe tubą propagandową partii..” itp. Czyżby nowa koncepcja realnego socjalizmu w duchu chrześcijańsko-narodowym?

Analizując system sprawowania władzy dostrzegamy że :
  • Centralna, podporządkowana partii władza stara się kontrolować wszystkie obszary życia społecznego i gospodarczego państwa.
  • Jedna, narodowo-chrześcijańska ideologia ma być spoiwem kulturowym całego polskiego społeczeństwa.
  • Wolność jednostki jest podporządkowana nadrzędnej idei i musi się mieścić w normie ustalonej przez partię.
  • Instytucje kontroli (np. Trybunał Konstytucyjny)oraz władza ustawodawcza, wykonawcza i sądownicza powinny wyrażać wolę narodu, na straży której stoi Partia!
  • Wszyscy myślący inaczej stanowią kastę gorszych Polaków, a stając po stronie opozycji porównywani są do ZOMO!
  • Wszyscy liberałowie- finansowani są przez „zachodnich mocodawców z opcją niemiecką na czele...”

Prezes tak podsumował to wszystko w swoim exposé: „(…) ideą nadrzędną jest Polska Wspólnota Narodowa, do jej realizacji zaprzęgnięto cały mechanizm państwa, inspirowany partyjnym programem reform a celem jest zapewnienie Polakom bezpieczeństwa militarnego, gospodarczego i społecznego”.! Niby pięknie i szlachetnie ze strony Prezesa, jest jednak pewien problem.

Proponowana przez PIS forma rządów jest tak daleka od formuły politycznego pluralizmu, że żaden szanujący się obywatel Wolnego Świata nie nazwałby jej demokratyczną. System stworzony przez Prezesa nazwać można w najlepszym razie: „demokraturą” , rozumianą jako przebrzmiała idea „dyktatury większości”, a właściwie dyktatury silniejszego, w polskich realiach definiowanej hasłem ;”TERAZ K...A MY!!!” Jest ona absolutnie obca zasadzie umowy społecznej, realizowanej poprzez poszanowanie praw mniejszości…oraz idei „PAŃSTWA PRAWA „ wszechobecnego w założeniach ideologicznych PIS-u!

Dla niedostrzegających niczego złego w takim podejściu do demokracji, krótka informacja: Pan Prezes uznał że : elity są wynarodowione i nie można im ufać, administracja powinna być upolityczniona a nie fachowa, Unia Europejska nas oszukuje i wykorzystuje, więc powinniśmy się na nią wypiąć… Środkami do walki z tymi problemami jest: przejęcie kontroli nad służbami specjalnymi, sparaliżowanie Trybunału Konstytucyjnego i przejęcie mediów publicznych.

Obserwując wydarzenia ostatnich tygodni trudno nie dostrzec, że Prezes konsekwentnie realizuje swoją koncepcję IV RP , opartą o stare obietnice z poprzedniej kadencji, pełne banałów i populizmu. Co ciekawe - propozycje rozwiązań politycznych Beaty Szydło w warstwie społecznej i ekonomicznej w znacznym stopniu podobne są do poglądów dzisiejszej zachodniej lewicy, tylko po takim szokującym otwarciu, trudno uwierzyć że ma to jakiekolwiek znaczenie dla sposobu sprawowania władzy w naszym kraju, skoro z tylnego siedzenia kieruje nim Pan Prezes…

Dodać do tego trzeba obowiązującą od początku rządów PIS-u „politykę tworzenia etosu bohaterstwa” we wszystkich dziedzinach życia społecznego. Ma to na celu zerwanie z tradycją mówienia prawdy o wadach i wyciągania właściwych wniosków z błędnych posunięć.:-))Dała temu wyraz Pani Premier mówiąc:”(...) byśmy nie wstydzili się budować etosu naszych bohaterów i zawsze o nich pamiętali. Przy wsparciu publicznych środków powinny powstawać takie dzieła, które opowiedzą Polsce i światu prawdę o naszych bohaterach.”1

Oby nie znaczyło to, że naród, który do dziś nie poradził sobie z odgrzebaniem prawdy spod kłamstw komunistycznej propagandy, musi wysłuchiwać nowych, naciąganych ideologicznie interpretacji współczesnych i historycznych wydarzeń. A wszelkie próby odbrązowienia i odkłamywania polskiej rzeczywistości zakończyć by się miały zamknięciem ust, sądowym wyrokiem, po publicznym procesie w stylu PRL. Przyznać trzeba , że przy stosowanej przez PIS taktyce faktów dokonanych nie wydaje się to być zdarzeniem szczególnie nieprawdopodobnym.


1Polityka nr 48(3037), 25,11-1.12.2015

środa, 9 grudnia 2015

Prowincjonalny system rządów-czyli PZPR wiecznie żywa!


Do niedawna wiele podróżowałem po Polsce rowerem. Praktycznie w każde wakacje zdarzało mi się pakować sakwy i ruszać w trasę. Zaletą takiego sposobu podróżowania jest możliwość wnikliwej obserwacji otoczenia, a przede wszystkim sposobu funkcjonowania lokalnych społeczności we wszystkich zakątkach naszego kraju.:-))

A było co obserwować! Zacząłem doświadczać w praktyce,skutków zmian zachodzących w kraju po wstąpieniu do Unii Europejskiej. Zaliczam do nich lepsze drogi, pojawiające się jak grzyby po deszczu - ścieżki rowerowe, łatwiejszy dostęp do placówek handlowych i kulturalnych. Jednym słowem : „sielanka”. Ale kiedy wejść w to trochę głąbiej to okazuje się że nie jest wcale tak różowo. Lepsze drogi kończą się gdzieś w „szczerym polu”, ścieżki rowerowe przebiegają tylko przez środek wsi a na jej granicy przechodzą płynnie w drogi przeciwpożarowe z piachem po osie. Na kempingach i polach namiotowych brak jest bankomatów, zdarza się ,że po pieniądze lub dla uzyskania pomocy medycznej trzeba jechać kilkadziesiąt kilometrów do sąsiedniej gminy.

Bywa również, że gminy fundują sobie kładki dla pieszych nad lokalnymi ciekami, w miejscach, gdzie nikt od lat nie widział żywej duszy, a perony kolejowe (patrz Zielona Góra), pojawiają się niespodziewanie w środku lasu, gdzie jedynie sarny i dziki mogłyby z nich korzystać...Nie są to odosobnione przypadki bo pieniądze publiczne wydaje się w ten sposób w całym naszym kraju.

Przeciętny Holender , Niemiec lub Szwed powiedziałby, w takiej sytuacji, że to zwykła niegospodarność, ale nie Polak. Dla Polaka nie jest to kwestia dyskusyjna - skoro taki stan rzeczy istnieje to znaczy, że tak musi być i nie ma co się nad tym zastanawiać. Przecież nie utrudnia to w żaden sposób korzystania z ulubionej rozrywki, jaką jest picie piwa pod sklepem. A, że ktoś uszczknie coś tam z funduszy unijnych to problem Unii, skoro daje kasę to niech się martwi. Tylko, boleśnie narzuca się konstatacja , że jest to powtórka z czasów gierkowskich, kiedy kupione za dewizy na Zachodzie maszyny rdzewiały pod gołym niebem, bo zamówiono je zanim powstała fabryka, a budowane w ekspresowym tempie drogi dla uczczenia przyjazdu I sekretarza, rozpadały się po tygodniu ponieważ asfaltowy dywanik kładziono na piaskowym podłożu.

Dr hab. Piotr Nowak z Uniwersytetu Jagiellońskiego , twierdzi, iż taki stan rzeczy wynika z adaptacji dawnego ,komunistycznego systemu zarządzania, stosowanego w prowincjonalnej Polsce przez PZPR. W wywiadzie udzielonym Tomaszowi Borejzie - mówi: Na górze zwykle jest jakiś poseł. Najlepiej jak ma tzw. przełożenie na Warszawę i dojście do jakiegoś ministerstwa. W województwie lub powiecie znajduje się gwiazda takiego układu. Na ogół jest to człowiek umocowany politycznie, który pełni rolę pośrednika. Często ci "organizatorzy" znajdują się też w starostwach powiatowych. Duże znaczenie ma urząd marszałkowski, bo tam są pieniądze i realny wpływ na politykę w lokalnych społecznościach. Natomiast na dole jest poziom gminny, gdzie to wszystko przekłada się na konkrety – kontrakty i etaty.”1

Jest to układ żywcem przeniesiony ze struktury PZPR. Na jego czele stał jakiś lokalny, powiązany z „centralą „ działacz partyjny, dalej struktura egzekutywy wojewódzkiej i nomenklaturowi dyrektorzy przedsiębiorstw. Dzisiaj ci dyrektorzy państwowych przedsiębiorstw zostali zastąpieni przez prywatnych przedsiębiorców, nieformalnie powiązanych z lokalną władzą.
Powoduje to, że przetargi na kontrakty w których teoretycznie powinna decydować cena oraz doświadczenie, wiedza i jakość wykonania usługi, ustawia się tak by wyeliminować konkurencję z zewnątrz, (ten stan rzeczy doskonale przedstawiono w serialu „Ranczo” gdzie przetargi, wójt ustawiał tak by wszystkie kontrakty przypadały Więcławskiemu):-)).

Zainteresowani, wewnątrz układu dogadują się, kto ma dostać kontrakt. Oczywiście zawyża się przy tym koszty dla uzyskania spektakularnych korzyści. Konsekwencje są takie, że świadczone w tym systemie usługi okazują się tańsze na wolnym rynku niż w zamówieniach publicznych. Dotyczy to wszystkich dziedzin działalności- od montażu instalacji, budowy wiat przystankowych, melioracji pól, aż do dużych projektów budowlanych. W całej Polsce inwestycje są realizowane po to by znajomi i krewni mogli zarobić a nie dlatego, że są potrzebne lokalnej społeczności.

Tu znów zacytuję dr. Nowaka: „Często. Celem wydawania pieniędzy niekoniecznie jest wizja programowa. Bywa nim znajomość konkretnego wykonawcy. Skoro coś może wykonać "swój", to się właśnie to robi. Mam na swoim terenie brukarzy? Zrobię chodniki. Nie zawsze chodzi o korupcję. Często o brak kompetencji i specyficzny sposób rozumienia interesu społecznego. Przy czym bardzo trudno jest tego dowieść, stosując tradycyjne narzędzia badań społecznych.”2

Mistrzami”w tej dziedzinie są działacze PSL - „Ze smutkiem muszę powiedzieć, że widać to po ostatnich wypadkach w PSL-u. Kiedy czytam, jak zatrzymany poseł awanturuje się z policją i krzyczy, że nie mogą go dotykać, bo on zna posła Burego i ich załatwi, to w jego przekonaniu, że może to zrobić, widzę kwintesencję tego, jak takie układy działają. Ci, którzy mogliby z tym coś zrobić, bardzo często w nich uczestniczą. Ci, którzy chcieliby z nimi coś zrobić, są bardzo często za słabi.”3

Mieszkańcy takich prowincjonalnych miejscowości niejednokrotnie sami są uwikłani w nielegalne przedsięwzięcia, czego byłem świadkiem w jednej z „letnich metropolii”, kiedy to tzw „porządny obywatel”przez 30 minut narzekał na niegospodarność i nepotyzm w gminie, oraz złorzeczył „durnym mieszkańcom” że dają sobą manipulować. Kiedy go zapytałem dlaczego sam nic z tym nie robi tylko narzeka, odpowiedział- „coś pan zwariował ja warsztat na czarno prowadzę jak podskoczę to mnie utrącą..” I tak wygląda obywatelska postawa polskiej prowincji, aktywizuje ją najczęściej zazdrość, że powiązany z polityką wójt więcej wyciąga ze swoich kombinacji niż „porządny obywatel” ze swojego prowadzonego „na czarno” warsztatu.:-))

Jeśli dodamy do sieci takich powiązań lokalne media, zależne od finansów gminy, komendanta policji, który jest szwagrem wójta, prokuratora, będącego bratem ciotki żony i sędziego który kończył studia z prokuratorem, to okaże się że lokalny układ stał się twierdzą nie do zdobycia, a cały aparat państwa jest za słaby by go zdemontować.

Innym problemem są kompetencje lokalnych urzędników, spośród których większość to ludzie słabo przygotowani, trafiający na stanowiska dzięki protekcji rodzin i znajomych. W socjologii taki sposób aktywności społecznej nazywany jest"brudnym kapitałem społecznym". Aby odróżnić gminę z siecią patologicznych powiązań od zarządzanej zgodnie z zasadami wystarczy przyjrzeć się rozwojowi poszczególnych miejscowości. Jak pisze Nowak- „ Jeżeli trafiam do gminy, w której jest kilka lub kilkanaście miejscowości, i widzę, że wszędzie jest kanalizacja "lub" strategia na rozwiązanie problemów ścieków i wodociągi, to sobie myślę: to jest dobrze funkcjonujący wójt. Jeżeli trafiam w miejsce, gdzie jest jedna centralna miejscowość, która ma wszystko, a inni nic, to się zastanawiam, kto tutaj rządzi. Kryteria są zresztą często dość racjonalne. Inwestuje się tam, gdzie potrzebne są głosy. W miejscowościach, gdzie jest najwięcej mieszkańców.”4


Ostatnim problemem o którym chcę powiedzieć, a pisałem już o nim w poście: „Zastaw się a postaw się „,jest bezmyślne małpowanie wzorców zachodnich, bez dostrzegania kontekstu ich występowania. Większość takich adaptacji pasuje do polskich realiów jak „pięść do nosa”. Tak pisze o tym Nowak-„Tutaj jest też taka kwestia, że my jak papugi próbujemy naśladować cudze rozwiązania. Tymczasem potrzebujemy własnych. Jak mam sięgnąć do mojej działki, to jestem pewien, że na polskie rolnictwo nie ma pomysłu. Obawiam się, że brniemy w pułapkę. Są dobre samorządy, które rozwijają się w zrównoważony sposób i będą w stanie utrzymać swoje inwestycje. Ale będą też tacy, którzy nie udźwigną kosztów. Przy dekoniunkturze nie będą w stanie utrzymać tego, co zbudowali. Tego nikt nie kontroluje. To jest zostawione na żywioł. Kto spłaci te kredyty? Kto to wszystko utrzyma? Chyba najlepszy przykład to aquaparki, które teraz buduje się wszędzie.”5


Ważne by to wszystko zauważać i nie udawać że tak powinno być. By nie okazało się po latach, że podobnie jak w „epoce gierkowskiej” zmarnowaliśmy szanse jakie otworzyły przed nami zachodnie kredyty, inwestując pieniądze w nietrafione przedsięwzięcia, oraz ufając ludziom dbającym jedynie o własny interes. „Trzeba budować metody, które pozwolą ludziom się komunikować, organizować i współdziałać.”6


1Tomasz Borejza Onet wiadomości „Polską lokalna rządzą sieci interesów”
2Tomasz Borejza Onet wiadomości „Polską lokalna rządzą sieci interesów”
3Tomasz Borejza Onet wiadomości „Polską lokalna rządzą sieci interesów”
4Tomasz Borejza Onet wiadomości „Polską lokalna rządzą sieci interesów”
5Tomasz Borejza Onet wiadomości „Polską lokalna rządzą sieci interesów”
6Tomasz Borejza Onet wiadomości „Polską lokalna rządzą sieci interesów”

piątek, 4 grudnia 2015

Zemsta "ciężko-myślących".


Ponieważ w ostatnich dniach wiele dzieje się na scenie politycznej, sądziłem, że podobnie jak ja, inni mieszkańcy naszego „Grajdołokowa” również będą zainteresowani przebiegiem zdarzeń , kształtujących , być może na całe dziesięciolecia charakter polskiej polityki. Myliłem się, rezydenci naszego miejskiego habitatu bardziej byli zainteresowani chęcią zemsty za poprzedni wpis na moim blogu niż rozważaniem w domowych pieleszach zakresu swych obywatelskich uprawnień, ograniczanych samowolą polityków.

Dokonując poprzedniego wpisu zapomniałem o dewizie Józefa Piłsudskiego, która głosiła, że: „Jeśli chcemy by Polak zrobił to czego od niego oczekujemy, musimy mu tego zabronić...” Wynika z tego również , że jeśli mu czegoś zabronimy - na pewno to zrobi, a przynajmniej poczuje się zobowiązany by zamanifestować swoje niezadowolenie! Tak więc lokalni mieszkańcy, oburzeni krytyką ich poczucia empatii i miłości do zwierząt, ruszyli gremialnie pod moje okna by zaprotestować przeciw tym „pomówieniom”.

Przez niecałą godzinę pod moim balkonem przewinęło się około 30 osób z których większość wykonywała „dziwne gesty”,( zauważcie, że to nie ja chodzę pod wasze okna tylko wy pod moje, kto więc ma „nierówno pod sufitem”??? :-)). Próby nawiązania kontaktu z niektórymi „protestującymi”:-)),poprzez stosowanie cytatu z Norwida, dotyczącego charakteru Polaków zakończyły się radosnymi okrzykami: „spier”... gnoju. Wobec powyższego stwierdzam, iż polski system pedagogiczny nie stanął na wysokości zadania, albowiem , trawestując znaną literacką frazę o Mickiewiczu: „Norwid wielkim poetą był...”:-))). A niedocenianie jego twórczości świadczy o niskim poziomie narodowej tożsamości rodaków…:-))

Na zakończenie, stosując się do wymienionej w poście, maksymy Józefa Piłsudskiego, zabraniam wszystkim mieszkańcom Grajdołkowa mówić mi dzień dobry i być dla mnie miłymi!!!

P.S.
Na waszym miejscu zainteresował bym się jednak co dzieje się w sprawie konstytucji RP, ponieważ któregoś pięknego poranka możecie się obudzić w całkiem innym kraju i nie jestem pewien czy będziecie z tego powodu zadowoleni...:-))

środa, 2 grudnia 2015

Apel do osiedlowych "ciężko-myślących"!!!

Mija tydzień od napisania ostatniego postu i regularnie spotykam się z klasycznymi dla tego ubogiego umysłowo, osiedlowego środowiska przejawami  agresji tj. obraźliwymi gestami i zachowaniami, polegającymi na próbach zastraszania mnie przez przejeżdżanie samochodem centymetry od mojego ramienia. Ale próby prowokowania mnie do gwałtownych reakcji przez rzekomo "przypadkowe" nadepnięcie lub kopnięcie wyprowadzanych przeze mnie psów są niegodne jednostek ludzkich i świadczą o poziomie zezwierzęcenia lokalnych "pseudo homo sapiens"! Nie usprawiedliwia takiego działania ani fakt trudnego dzieciństwa w patologicznej rodzinie, ani stan ZNP u kobiet. Ani nawet nawet jedno i drugie łącznie!!!!! 

P.S.
Jeśli macie pretensje do mnie to nie odgrywajcie się na psach, ponieważ one nie podzielają moich poglądów.:-)) Informuję, że nie zamierzam tolerować takiego stanu rzeczy i będę od tej pory, w podobnych sytuacjach podejmował zdecydowane, aczkolwiek zgodne z prawem działania!!! A, i celowo napisałem "ciężko-myślących " a nie ciężko myślących, traktując to jako nazwę własną pewnej grupy ludzi podobnie jak "twardogłowych".

poniedziałek, 23 listopada 2015

Dlaczego nie mam prawa czuć się "prawdziwym Polakiem"?


W niezwykle emocjonalnej dyskusji z pewnym „starym komunistą” na temat tożsamości polskiego narodu, który jeszcze niedawno był baaaardzo komunistyczny, padło z jego ust stwierdzenie, że jako Polak mam obowiązek dostosować się do większości, czyli powinienem być taki jak większość rodaków. Natychmiast zacząłem się zastanawiać jaka jest ta większość z którą powinienem się utożsamiać?

Jak wiadomo 90% naszych obywateli to katolicy, co w kategoriach moralnych czyni nasz naród najlepszym na świecie, gwarantując powszechną miłość bliźniego i empatię...Ups, ja niestety nie zaliczam się do tej kategorii, ponieważ nie jestem katolikiem, więc już pojawiła się pierwsza cecha dyskredytująca mnie jako Polaka.

Ale idźmy dalej :większość naszego narodu to etniczni Polacy, chłopskiego pochodzenia, (cokolwiek to znaczy :-)). Ostatnim aktem na drodze do osiągnięcia doskonałości w tej dziedzinie był rok 1968 i gomułkowska czystka żydowskiej mniejszości, przeprowadzona pod pretekstem oczyszczania partyjnej nomenklatury z „obcych ideowo elementów”. Przy okazji pozbyto się również większości, wartościowej, zasymilowanej kulturowo polskiej inteligencji ale co tam, warto było, nie taką cenę zapłacił by polski lud za narodowościową jednorodność.

Tu znów mały zgrzyt ,ponieważ moi przodkowie ze strony ojca byli Niemcami, przybyłymi na ziemie Królestwa Polskiego w 1833r. Świadczy o tym niemieckie nazwisko i komplet rodzinnych dokumentów. Mało, że byli to Niemcy to jeszcze mieszczanie, czy raczej, jak wolała to przedstawiać bolszewicka nomenklatura, „drobnomieszczanie”. Pojawia się więc kolejny powód by nie uznać mnie za prawdziwego Polaka. Podobnie jak wszystkich Ślązaków, Mazurów, Kaszubów, Niemców Opolskich, Łemków, Ukraińców itp., itd.

Drążąc ten temat w masochistycznym dążeniu do prawdy, warto jeszcze zastanowić się nad oceną funkcjonowania naszej państwowości na przestrzeni wieków. Oczywiście ocena nie może być negatywna. Nasz naród jako WYBRANY przez OPATRZNOŚĆ dla „obudzenia sumienia Świata, jedyny, godzien miana WINKELRIEDA , nie może zostać zniesławiony jakąkolwiek krytyką. Ja zaś ośmielam się krytykować nie tylko dzisiejszą rzeczywistość, ale świętą historię tego, najdoskonalszego w dziejach narodu. Kiedy to czytam sam zaczynam się wstydzić, dostrzegając, że nie mam prawa uważać się za Polaka.

Kolejnym elementem o którym warto powiedzieć, jest legendarna tolerancja naszego narodu, rozsławiana przez wieki, hołubieniem na łonie Rzeczypospolitej różnych mniejszości religijnych i etnicznych. Przypomniana obecnie w kontekście radosnego, „ogólnonarodowego przyzwolenia”, w duchu chrześcijańskiego miłosierdzia na przyjęcie tłumów syryjskich uchodźców. Jako, że ja- wyrodny obywatel-ośmielam się mieć w tej materii odmienne od większości Polaków zdanie, znów uderzam się w pierś, uświadamiając sobie, że niegodny jestem...itd.

Ostatnim problemem, który chciałbym poruszyć w dzisiejszym poście jest powszechna obecnie, wśród polskiego społeczeństwa, postawa , która wyewoluowała bezpośrednio z dawnej, bolszewickiej postawy „zaradno-kombinującej”, nazywana „pragmatyczno – konsumpcyjną”. Zajęła ona miejsce, obywatelskiej u swych źródeł, postawy „solidarnościowej” i charakteryzuje się bezkrytycznym przyzwoleniem na rządy silniejszego, oraz nieograniczoną wręcz żądzą konsumpcji.
Tutaj znów, jako idealista, nie znalazłem się w głównym nurcie społecznej aktywności, co czyni mnie godną pogardy, namiastką „PRAWDZIWEGO POLAKA”. Jeśli dodać do tego moją niechęć do piłki nożnej i motoryzacji, to okaże się, że całkowicie dyskredytuje mnie to jako obywatela III RP.

Podsumowując: uznałem, że w trosce o właściwie zrozumienie mojej wypowiedzi, jestem zmuszony sformułować na piśmie swoje spostrzeżenia, by uniknąć zniekształconego, ustnego przekazu historii. Kolportowanego przez tendencyjnie nastawionych, nie znających pojęcia sarkazmu, interlokutorów, „bolszewickiej” proweniencji. Jak to zwykle bywa po moich rozmowach z mieszkańcami naszego osiedla!!!

Dodam, że jestem ogromnie rad ,iż posiadanie polskiego obywatelstwa zobowiązuje mnie, do przestrzegania przepisów prawa, oraz płacenia podatków, co sumiennie czynię, a konstytucja, w ramach obywatelskich wolności, gwarantuje mi wolność wyznania i sumienia. Dzięki temu zachowałem odrębność kulturową i etniczną, bez konieczności upodobnienia się do „większości Polaków”, jak usiłował mi to wmówić „stary komunista”. Ale co ja tam wiem, kto by się przejmował konstytucją -większość ma zawsze rację! To ostatnie zdanie to sarkazm, gdyby jakiś „prawdziwy Polak” nie „załapał”.:-))

czwartek, 19 listopada 2015

Legenda "bohaterów walk o umacnianie władzy ludowej" cz.2.


Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego i Milicja Obywatelska- trochę historii. 

„Milicja Obywatelska została utworzona na podstawie Manifestu Lipcowego, Polskiego Komitetu wyzwolenia Narodowego oraz dekretu o powołaniu MO z 7 października 1944 r i podporządkowana organizacyjnie pod Resort Bezpieczeństwa Publicznego. Składała się głównie z partyzantów Armii Ludowej, żołnierzy oddelegowanych z Wojska Polskiego, członków Polskiej Partii Robotniczej , a także Polskiej Partii Socjalistycznej i Stronnictwa Ludowego Polskiej Partii Robotniczej.”1

Problem polega na tym, że pierwsze posterunki MO powstały już w sierpniu 1944 r. zanim wydano dekret o powołaniu MO. Jeden z funkcjonariuszy wspomina. „Bezpośrednio po wyzwoleniu utworzony został posterunek Milicji Obywatelskiej. Tak się wtedy tworzyły milicyjne posterunki – oddolnie, spontanicznie z obywatelskiej inicjatywy.2 Czy na pewno spontanicznie z obywatelskiej inicjatywy?? Inny uczestnik tamtych wydarzeń dowodzi, że nie było to takie spontaniczne jakby się wydawało: „18 sierpnia w Rzeszowie odbyło się pierwsze posiedzenie Wojewódzkiej Rady Narodowej. W kilka dni później pełnomocnik PKWN w Rzeszowie kpt. Witold K. upoważnił płk. Franciszka K. do tworzenia w nowo utworzonym województwie rzeszowskim organów MO i bezpieczeństwa.”3

Tajemniczy kurs w Kujbyszewie.

Skąd zatem rekrutowali się milicjanci i jakie były ich pierwsze zadania? Znów odpowiedź znajdujemy we wspomnieniach jednego z funkcjonariuszy:”Partyzanci 1 Brygady Ziemi Krakowskiej im. Bartosza Głowackiego byli trzonem tworzących się jednostek MO i urzędów Bezpieczeństwa Publicznego.4 Istotniejszy jest jednak inny przypisek (...) „Zanim to się jednak stało, 20 sierpnia 1944 r. na podrzeszowskim lotnisku wylądował dwusilnikowy samolot typu DC-Douglas. Przywiózł on z Lublina grupę żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego, którzy po przeszkoleniu na kursie w Kujbyszewie, skierowani zostali do służby w powstających na Rzeszowszczyźnie urzędach bezpieczeństwa.”5

Jakiż to tajemniczy kurs kończyli kandydaci na milicjantów w Kujbyszewie i jaka szkoła mieściła się w tej radzieckiej miejscowości? Skąd wzięli się przeszkoleni żołnierze? Odpowiedź również znajdujemy w książce: Kiedy jednostki I Armii WP w ZSRR przedyslokowały się pod Berdyczów, w kwietniu 1944 r. wezwano Antoniego L. do sztabu Dywizji. Znajdowała się tam liczna grupa oficerów i podoficerów. Oznajmiono im że pojadą na kurs specjalny. Wkrótce potem ich grupa pod dowództwem porucznika W. odjechała do Moskwy, a stamtąd do Kujbyszewa. Tam właśnie na prośbę Krajowej Rady Narodowej miały się szkolić kadry przyszłych organów porządku i bezpieczeństwa publicznego w Polsce.”6

W Kujbyszewie znajdowała się szkoła NKWD nr 366, czyli po polsku Ludowego Komisariatu spraw Wewnętrznych ZSRR. Dlaczego piszący wspomnienia funkcjonariusz tak podkreśla, że szkolili się na prośbę Krajowej Rady Narodowej? To klasyczna metoda Rosjan by wytłumaczyć ingerencję w życie innych państw! Jak pamiętamy 17 września 1939 r. wkroczyli do Polski „ na prośbę zniewolonych narodów :ukraińskiego i białoruskiego, by ochronić ich obywateli przed niemiecką inwazją...”

26 lipca 1944 roku 120 pierwszych polskojęzycznych komunistów zakończyło kurs w Szkole Kontrwywiadu NKWD nr 366 w Kujbyszewie. Celowo piszę polskojęzycznych , bo dziwnym zbiegiem okoliczności większość z nich służyła wcześniej w Armii Czerwonej a kilkudziesięciu urodziło się na terenie ZSRR. Autor książki wspominając drogę jednego z kursantów do polskiej bezpieki, pisze: „Antoniego L. powołano do odbycia służby wojskowej w Armii Czerwonej. Do swojej jednostki jechał 25 dni. Stacjonowała ona w Nowokaczałowie nad jeziorem Chanko, gdzie jeszcze niedawno toczyły się ciężkie walki z Japończykami. Po 6 tygodniach służby w pułku strzeleckim, przeniesiono go do pułku artylerii w miejscowości Rozdolnoje, a po pewnym czasie do Komsomolska nad Amurem.”7

Przeszkolonych w Kujbyszewie żołnierzy w tym około 60 oficerów przeznaczono do organizacji placówek terenowych Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego na terenie całej Polski. Potwierdzają to wspomnienia jednego z nich: „Nasza kujbyszewska grupa została bardzo szybko „rozdysponowana” .16 kolegów zostało w Wojewódzkim Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego, natomiast 13 w tym mnie – wysłano w teren, dla organizowania powiatowych ogniw Urzędu bezpieczeństwa Publicznego.”8

We wrześniu 1944 r formalnie powołano do życia Resort Bezpieczeństwa Publicznego wraz z podległym mu resortem kontrwywiadu. Pod koniec 1944 roku liczba funkcjonariuszy Resortu Bezpieczeństwa Publicznego wynosiła około 300. Kiedy PKWN przekształcił się w styczniu 1945 roku w Rząd Tymczasowy, Resort Bezpieczeństwa Publicznego przekształcono w Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego.

Ministerstwu podporządkowano 15 Wojewódzkich Urzędów Bezpieczeństwa Publicznego i ponad 200 powiatowych. Do grudnia 1945 resort zatrudniał już 24.000 funkcjonariuszy. Cały polski system bezpieczeństwa publicznego podlegał formalnie sowietom. Uprawomocniono ten stan rzeczy, poprzez wysłanie prośby KC PPR z dnia 20 lutego 1945 roku do sowieckiego Państwowego Komitetu Obrony o skierowanie do Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego 500 sowieckich doradców! Co Państwowy Komitet Obrony ZSRR niezwłocznie uczynił.:-)

Osobiste motywacje funkcjonariuszy.

Zawsze interesowały mnie osobiste motywacje uczestników przełomowych wydarzeń historycznych o niejednoznacznej wymowie moralnej. Najbardziej zaangażowanymi w te wydarzenia byli najczęściej ludzie młodzi, niedoświadczeni i postrzegający rzeczywistość jak przygodowy film, o którym można zapomnieć po wyjściu z kina. Nie inaczej podchodzą do „rewolucji socjalistycznej” młodzi adepci organów bezpieczeństwa publicznego, czego dowodzą ich wspomnienia: „Każdy z tych chłopców widział wtedy siebie w mundurze żołnierza z orłem na czapce. Chcieli broni i skierowania na front , z którym minęli się kilka dni temu, a który stanął teraz niedaleko na Wiśle i Wisłoce. Wyjście z lasu wszyscy witali z ogromna radością.”9

O jednym z uczestników wydarzeń autor książki pisze: „Miał tu zrobić porządek, zapewnić ochronę mieszkańcom i zwalczać przejawy niesprawiedliwości, ale oprócz młodzieńczej fantazji, tupetu i wiary w nowy ład, którego stał się w Dzikowie umundurowanym reprezentantem nie dysponował praktycznie żadnymi środkami działania.” 10

Wszyscy ze wspomnianych 16 „bohaterów” książki pochodzili ze środowiska, jak sami podkreślali: „biedoty wiejskiej” a ich wykształcenie ograniczało się do kilku klas szkoły powszechnej, w najlepszym razie do kilku klas gimnazjum. Dlatego zaangażowanie w służbę w organach bezpieczeństwa publicznego było dla nich gwarancją wykształcenia i szybkiego awansu społecznego. „Miejscowości nie znał w ogóle, a całe przygotowanie do służby to te 6 klas przedwojennego Annopola, kilkanaście partyzanckich wykładów pod sosnami oraz miesięczny kurs dla szeregowców.(...)To było zaskakujące. Tam w Dzikowie Starym, gdzie miałem walczyć o utrwalenie władzy ludowej, po raz pierwszy miałem poczucie wielkiej wagi swego działania. Byłem po prostu ważny i miałem wielką władzę!”11 (…) Milicjantem z prawdziwego zdarzenia poczułem się dopiero wtedy ,gdy przeniesiono mnie z Radymna do Komisariatu w MO w Jarosławiu, nie dlatego, że były tu wyznaczone godziny służby, książki meldunków, szkolenie polityczno-wychowawcze a więc cały ten milicyjny porządek, ale dlatego że w Jarosławiu wręczono mi nowiuśką, jeszcze wywazelinowaną w ruskiej fabryce pepeszkę. I dodano do niej dwa bębnowe magazynki. Tym to już można było przygrzać zdrowo każdemu kto podniesie na ciebie rękę.”12

Jak widać niewiele było potrzeba, by obudzić w sobie potrzebę posiadania władzy i przekonanie o możliwości wpływu na losy innych ludzi. Niewiele też było potrzeba, by uwierzyć w bezapelacyjną słuszność własnych działań, co przy brakach w wykształceniu i zakorzenionym wśród chłopstwa poczuciu krzywdy, rodziło postawę odwetową i usprawiedliwiało przemoc wobec rodaków. „Pochodzę z podrzeszowskiej wsi z ubogiej chłopskiej rodziny. Od najmłodszych lat obracałem się w kręgu ludzi, którzy nie chcieli się pogodzić z galicyjską biedą, z Polską dzieloną na tych którzy jeździli do szwajcarskich kurortów, i tych dla których przeżycie przednówka było problemem.”13

Zgodnie z socjalistyczną dialektyką należało więc sprawić, żeby nikt do tych „szwajcarskich kurortów” nie mógł jeździć przez następne 45 lat. Wtedy to już było sprawiedliwie- „skoro nie stać proletariusza i chłopa to nikogo nie powinno być stać na wyjazd zagraniczny”! A jeżeli się to komuś nie podoba, to won z PRL- tego „prawdziwego raju sprawiedliwości społecznej”, po wcześniejszym odebraniu dorobku całego życia przez żądnych sprawiedliwości i władzy małorolnych.:-) Tak to wspomina jeden z budowniczych socjalistycznej sprawiedliwości:Nic więc dziwnego, że gdy przyszła upragniona wolność, nie mogłem stać na uboczu. Chciałem również własnymi rękoma, budować nową lepszą rzeczywistość, nową Polskę!(...) W listopadzie 1944 r. jako aktywista ZMW zgłosiłem się ochotniczo do pracy w organach bezpieczeństwa publicznego. Miałem wtedy niespełna 19 lat, przyjęto mnie ciepło i serdecznie.”14:-))

Zaiste praca w UB to wielce oryginalny pomysł na budowę krainy szczęśliwości społecznej. Oczywiście gdyby go dzisiaj spytać -to nikomu krzywdy nie zrobił, a strzelał tylko w powietrze i to jeszcze „ślepakami”,natomiast wszyscy jego partyjni towarzysze to ludzie ciepli i serdeczni. „Mimo że żelazne prawa bezpardonowej walki podsuwały metodę „ śmierć za śmierć”, partia i władza ludowa robiły wszystko by chronić każde ludzkie życie.”15Żołnierze wyklęci” mieliby inne zdanie lecz nie mogą go wyartykułować z tego powodu, że większość z nich zginęła właśnie w tym czasie, kiedy to „władza ludowa chroniła każde ludzkie życie”.

Powołanie Grupy Operacyjnej „Wisła”.

20 kwietnia 1947 roku, powołano do życia zarządzeniem Państwowej Komisji Bezpieczeństwa Publicznego nr 00189/III z dnia 17 kwietnia 1947 roku- związek operacyjny Wojska Polskiego, którego głównym celem było likwidacja sił zbrojnych UPA, w trójkącie Sanok-Przemyśl- Lubaczów a pomocniczym — przesiedlenie miejscowej ludności ukraińskiej na „Ziemie Odzyskane”. Grupę sformowano z najlepiej wyszkolonych żołnierzy wybranych ze składu 13 dywizji, w tym znacznej liczby ochotników. Na czas działań bojowych jednostki otrzymały nową numerację odpowiadająca numerom tworzących je dywizji. Jednostka liczyła ogółem 19 335 żołnierzy.

Kiedy w 1992 r zbierałem materiały do pracy na temat „Operacji Wisła” rozmowy z kilku żyjącymi uczestnikami tamtych wydarzeń sprowadzały się do wyjaśnień , że „rozkazy trzeba wykonywać” oraz usprawiedliwień, iż powodem drastycznych działań wobec UPA i ludności łemkowskiej było zabójstwo gen. Świerczewskiego i „bandyckie nastawienie do polskiego państwa”. Poza tym pamięć żołnierzy szwankowała, uniemożliwiając odtworzenie zdarzeń z tamtych lat.

W odróżnieniu od opisanej powyżej sytuacji, pamięć bohaterów książki w roku 1984 jest całkiem dobra, a duma z uczestnictwa w tej operacji nie została jeszcze przyćmiona obawą o własna skórę. Wszyscy podkreślają swój dobrowolny, czy wręcz ochotniczy udział w tym wojskowym przedsięwzięciu, nie szczędząc szczegółowych opisów zdarzeń.

Jeden z uczestników wspomina: „Po styczniowych wyborach do Sejmu w 1947 r. skierowano mnie na kurs oficerów śledczych do Centrum Wyszkolenia Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w Łodzi. Byłem tu akurat w chwili, kiedy w ostatnich dniach marca 1947 ludzi zaszokował komunikat o zamordowaniu w Bieszczadach przez bandę UPA gen. Karola Świerczewskiego. Na wiadomość o utworzeniu Grupy Operacyjnej „Wisła” wszyscy słuchacze szkoły wystąpili jak jeden o wcielenie do tej formacji.”(…) Większość kolegów z kursu przydzielono do pododdziałów wojskowych penetrujących południowo-wschodnie rejony kraju,- od Zamościa i Hrubieszowa przez Lubaczów, Przemyśl i Krosno, aż do Gorlic. Ja w składzie kilkunastoosobowej grupy pozostałem w Sanoku, przygotowywaliśmy materiały dla powołanych w ramach GO „Wisła” wojskowych prokuratur i sądów.”16 

 Inny z uczestników niechcący dokonał właściwego podsumowania tamtych wydarzeń myląc jednak przyczynę ze skutkiem:”Czy warto dziś wracać do tamtych pierwszych powojennych lat? Przecież nie będzie to kronika spontanicznej, pokojowej, powojennej odbudowy, radości tworzenia w nowej,wolnej ojczyźnie… Tutaj II Wojna Światowa trwała dwa lata dłużej, niż podają to podręczniki szkolne (…) w tym zakątku kraju sypano żołnierskie mogiły, słychać było wybuchy granatów, i stukot automatów, po horyzont wznosiły się łuny płonących wsi.”17

To co w czasach PRL oceniano jako bohaterstwo i poświęcenie dla kraju, obecnie w kontekście poszerzenia wiedzy na temat początków PRL, oraz odtajnienia archiwów wojskowych i MSW nie jest już tak jednoznaczne od strony moralnej. Wielu z tych ludzi dla których tamte wydarzenia były sposobem na realizację życiowej przygody i szybki awans społeczny, dzisiaj zasiadło na ławie oskarżonych pod zarzutem popełnienia zbrodni komunistycznych. A ich potomkowie, mówiąc o swoich dziadkach „zapominają” w jakiej formacji służyli twierdząc, że byli „zwykłymi żołnierzami”.

Strona internetowa Instytutu Pamięci Narodowej, poświęcona zbrodniom komunistycznym, pełna jest nazwisk tych „zwykłych żołnierzy”. Niech będzie to swoiste memento dla tych współczesnych miłośników przygody, którzy pragnąc spektakularnego awansu społecznego, zaangażują się w niejednoznaczne moralnie, polityczno-wojskowe operacje. Wasze działania w przyszłości oceni historia i może się zdarzyć, że będzie to ocena niemniej surowa niż ta wystawiona, przekonanym o swej nieomylności „ubekom”!




1Praca zbiorowa, Słownik wiedzy obywatelskiej, Warszawa 1970, s. 248.
2Adam Socha „czas gorących serc” KAW Rzeszów 1984 s 85.
3Adam Socha „czas gorących serc” KAW Rzeszów 1984 s 6.
4Adam Socha „czas gorących serc” KAW Rzeszów 1984 s 8.
5Adam Socha „czas gorących serc” KAW Rzeszów 1984 s 8.
6Adam Socha „czas gorących serc” KAW Rzeszów 1984 s 11.
7Adam Socha „czas gorących serc” KAW Rzeszów 1984 s 9.
8Adam Socha „czas gorących serc” KAW Rzeszów 1984 s 13.
9Adam Socha „czas gorących serc” KAW Rzeszów 1984 s. 8.
10Adam Socha „czas gorących serc” KAW Rzeszów 1984 s. 29.
11Adam Socha „czas gorących serc” KAW Rzeszów 1984 s. 29.
12Adam Socha „czas gorących serc” KAW Rzeszów 1984 s. 33.
13Adam Socha „czas gorących serc” KAW Rzeszów 1984 s. 43.
14Adam Socha „czas gorących serc” KAW Rzeszów 1984 s. 44.
15Adam Socha „czas gorących serc” KAW Rzeszów 1984 s. 45.
16Adam Socha „czas gorących serc” KAW Rzeszów 1984 s. 47.
17Adam Socha „czas gorących serc” KAW Rzeszów 1984 s. 64.